Nie wiem, czy jestem w ciąży, czy zaraz mnie przeniesie w czasie
Czy tylko ja mam problem z zapamiętaniem tytułu książki, którą akurat czytam? Przysięgam, że w połowie pisania recenzji zorientowałam się, że zamiast „Czerwień rubinu” z cztery razy napisałam „Czerwień szafiru” (co ma tylko sens, gdy zna się tytuł drugiej części, mianowicie „Błękit szafiru”), a później z uporem wklepywałam ”Czerwony rubin” (co ma już większy sens). To samo miałam z „Szóstką wron” - jak dla mnie to było „Sześć Wron” i tyle. No ale ja nie o tym dzisiaj.
Gwendolyn Shepard – cóż za imię, od razu je pokochałam! - na
pierwszy rzut oka jest całkiem przeciętną nastolatką, pomijając
fakt, że w jej rodzinie od pokoleń występuje pewna raczej
niecodzienna umiejętność. Do tej pory wszyscy uważali, że to
Charlotta, kuzynka Gwen, została szczęśliwą posiadaczką genu
pozwalającego podróżować w czasie. Wszakże Isaac Newton nie
mógł się mylić i dokładnie wyliczył, kiedy na świecie pojawi
się Rubin. Gwen wcale nie zazdrości kuzynce, która całe życie
jest przygotowywana do przeskoków w czasie. Dziewczyna, zamiast mieć
normalne dzieciństwo, uczy się języków, fechtunku i misteriów
(cokolwiek to znaczy, Gwen nie jest pewna), a tymczasem Gwen może
być zwyczajną nastolatką, która nie musi się martwić, że nagle
dokona skoku w przeszłość na oczach całej klasy i będzie musiała
odczekać cztery godziny na powrót do teraźniejszości. Do czasu.
Pewnego dnia dziewczyna dostaje mdłości i bardzo źle się czuje, co
zwiastuje najgorsze – Newton jednak się pomylił! (Jak dla mnie są
to oznaki ciąży, a nie zdolności przenoszenia się w czasie, ale
co ja tam wiem – nigdy nie doświadczyłam żadnej z tych dwóch
rzeczy, więc ekspertem nie jestem.) Co więcej, okazuje się, że
wizyty w przeszłości wcale nie są fajną sprawą, kiedy grozi ci
śmiertelne niebezpieczeństwo, a u boku masz gburowatego
Gideona, który podkochuje się w twojej nadętej kuzynce (ale
przynajmniej jest przystojny).
„Czerwony Rubin” to idealna lektura „na oderwanie się”. Jak
dla mnie stanowiła znakomity przerywnik pomiędzy moimi
zwyczajowymi wyborami. Po pierwsze, kto nie lubi podróży w czasie?
Mnie się osobiście podoba ten wątek, jednak do tej pory nie
znalazłam (jeszcze) żadnej porządnej książki na ten temat
(Outlander był rozczarowaniem, chociaż prawdą jest, że nie dałam
mu szansy – nawet nie skończyłam pierwszego tomu. Rozwalił mnie
wątek o młodej dziewoi, która w kilka godzin po porodzie żwawo
wsiadła na konia, by odbić brata z więzienia). Po drugie, bardzo
polubiłam główną bohaterkę. Cóż, czego się spodziewać po
posiadaczce tak wspaniałego imienia. Myślę, że sięgnę po
kontynuację, nawet jeśli za rok nie będę pamiętała fabuły.
Muszę sobie przybić piątkę, bo ostatnio wybieram książki, w
których naprawdę da się lubić głównych bohaterów. Często mam
z tym problem, bo mnie wkurzają, a tu proszę. Brawo ja!